mobile

Podwórkowa lektura obowiązkowa

Z Bartoszem Janiszewskim - autorem biografii Stanisława Grzesiuka - o twórczości barda Czerniakowa, lokalnym patriotyzmie, Warszawie i jej mieszkańcach rozmawiał Robert Dzięgielewski.

Robert Dzięgielewski / fot. Dariusz Kadej - Prószyński Media
Podwórkowa lektura obowiązkowa

Robert Dzięgielewski: W jakich okolicznościach po raz pierwszy spotkałeś się z prozą Stanisława Grzesiuka?
Bartosz Janiszewski: Podwórkowych. Książkę dostałem od ojca, ale bez większych nacisków z jego strony, że trzeba to przeczytać. Jak się z Grzesiukiem pojawiłem w szkole, szybko się okazało, że jest to książka, którą czytają moi starsi i młodsi koledzy. Ona miała taki status „podwórkowej literatury obowiązkowej”. Pierwszy raz rozmawialiśmy o książce, bo kiedy jest się nastolatkiem, to nie rozmawia się o literaturze, tylko o piłce, o dziewczynach i rozrabianiu. To było bardzo fajne przeżycie. Myślę, że trochę dlatego, iż odnajdywaliśmy tam rodzaj wspólnoty, która funkcjonowała na Czerniakowie.  To było dla mnie niesamowite. Z drugiej strony, był to pierwszy moment, w którym – wydaje mi się – rodził się we mnie lokalny patriotyzm. Natychmiast pochłonąłem Pięć lat kacetu, i to było za wcześnie. Czytałem ją nocami i te okropne obrazy rzucały mi się przed oczami, ale też jednocześnie myślę, że dzięki niesamowitemu humorowi autora, było mi to łatwiej strawić – nie dać się przygnieść temu złu.

R.D.: Dlaczego Grzesiuk, a nie na przykład Wiech?
B.J.: Mówiąc wprost – dostałem taką propozycję. Wiecha bardzo lubiłem czytać, ale Wiech był dla mnie autorem, a Grzesiuk to była postać. O Wiechu możemy pogadać, o tym co pisał. Natomiast ja mam wrażenie, że - szczególnie w Warszawie – Grzesiuk to jest taki człowiek, który jest kimś na kształt legendy, ikony. Dla mnie to był superbohater, z racji tego, że czytałem jego książki jako dzieciak, na równi z Supermanem i Żółwiami Ninja.

R.D.: Idealizowałeś go trochę?
B.J. Tak! Myślałem o nim jak o bohaterze z kart książek, trochę jak o Bilbo Bagginsie z Tolkiena. Niezwykle ciekawe było zderzenie tego, co miałem głęboko w sercu z lat młodzieńczych z dorosłym myśleniem o świecie. Mam głębokie przekonanie, że to jest niedoceniana, ale bardzo ważna postać dla budowania tożsamości warszawskiej.

R.D.: Dlaczego ważna?
B.J.: Tu po wojnie nie było nic, nie było ani budynków, ani ludzi i nagle lawinowo wzrosła liczba mieszkańców. Przytaczam dokładne liczby w książce. To był skok zaludnienia o mniej więcej 250 tysięcy od lutego do czerwca 1944. Ludzie przyjeżdżali zewsząd. Do dziś się mówi, że Warszawa jest bezpłciowa, że jest zlepkiem słoików, którzy tu przybyli po wojnie. Jak już byłem starszy, to mnie to bardzo denerwowało, że ludzie narzekają na to miasto, jednocześnie nic mu nie dając. Są miasta, które są złożone z przyjezdnych, ale narzucają pewien styl życia, charakter i wydaje mi się, że jeśli z czegoś budować tę tożsamość warszawską, to w dużej mierze z tego co pan Stanisław nagrał i napisał. Należy przy tym pamiętać, że w twórczości Grzesiuka nie występuje „cała” Warszawa, tylko Warszawa Grzesiuka. Ja mam odczucie, że to jest bardzo warszawiakom potrzebne, nawet tym, którzy przyjechali tu 3-4 lata temu, żeby mieli coś, co pomoże im zapuścić korzenie. Mentalnie się zahaczyć. Zrozumieć, że tutaj myśli się w określony sposób, że tutaj tak reaguje się na rzeczywistość. Z hardością, humorem, ogromną ironią i jednocześnie ciekawością drugiego człowieka.

R.D: Jak wyjaśnić niesłychaną popularność książek Grzesiuka?
B.J.: Wydaje mi się, że czytając je, ma się wrażenie, jakby się siedziało z kumplem na wódce i on by opowiadał, co przeskrobał i co przeżył. Grzesiuk miał niezwykłą umiejętność pisania tak, jak się mówi. Dotarłem do rękopisów trzeciej książki Na marginesie życia, są znacznie obszerniejsze i czytając je - jako scenarzysta - byłem zaskoczony, ponieważ tam są opisane losy pacjentów, które są gotową historią na scenariusz.

R.D.: Po wydaniu pierwszej książki w tygodniku „Chłopska droga” zamieszczono następującą notę na jej temat: Ta książka powinna znaleźć się w każdej bibliotece i w każdym domu. Powinien ją przeczytać każdy, kto umie czytać. A jeśli ktoś nie umie, to choćby dla tej książki powinien się nauczyć. - Czy wypada nie znać twórczości Grzesiuka?
B.J.: Grzesiuk nie jest pierwszy na liście, po drodze jest wielu innych twórców, ikonicznych postaci ważniejszych dla naszej literatury i języka. Natomiast w Warszawie nie wypada go nie znać. Ja uważam, że jeśli ktoś tu mieszka, czuje się związany z tym miastem – a zdarzają się takie przypadki, że mówiłem: znasz Grzesiuka?, a odpowiadano mi: kogo? – to niedobrze. Fajnie jest wiedzieć coś o swojej przestrzeni, w której się żyje. Skąd ona jest? Dlaczego jest taka, a nie inna? Jaka była wcześniej? Poza tym, to jest kawał historii Polski. Grzesiuk dekonstruuje mit II Rzeczypospolitej, którą teraz postrzegamy jako złoty czas w historii Warszawy, pokazuje w unikalny sposób obozy koncentracyjne. To nie jest tak, że nie wypada go nie znać, ale na pewno warto go znać. Nie ma już takich ludzi, z takim humorem i podejściem do życia. To jest coś bardzo rzadkiego dzisiaj.

R.D: Jakie było twoje wyobrażenie o Stanisławie Grzesiuku, zanim przystąpiłeś do zbierania materiałów do książki?
B.J.: Dorobiono mu gębę zbója i tak też sobie go wyobrażałem. Typowy cwaniak warszawski, w czapce, z apaszką i daje w ryj, jak coś mu się nie podoba. Dla mnie to był taki koleś, który sobie żył na wesoło, był hardy i załatwiał wszystko własną pięścią. To jest poza, którą sam sobie stworzył i tylko fragment jego osobowości – a ona w całości jest znacznie bardziej ciekawa.

fot. Prószyński MediaR.D.: Czy w trakcie zbierania materiałów do książki pojawiła się informacja, a może kilka informacji, które diametralnie zmieniła twoje postrzeganie Grzesiuka albo uzupełniły jego obraz?
B.J.: Niezwykła ilość historii o jego skrywanej wrażliwości i delikatności. Jedna z jego przyjaciółek potrafiła godzinami mu opowiadać o swoich problemach. Profesor Rurawski też mu opowiadał o swoich problemach. Spodziewałem się, że „Kozak” to raczej da w łeb i powie: ogarnij się i idź dalej. A on słuchał mocno ludzi i był ich ciekawy. Pochodził do nich z humorem i delikatnością. Zdziwiło mnie to, jaką miał relację rodzinną. Spodziewałam się silnej, hardej i zadziornej babki z Mokotowa, a jego żoną była bardzo ciepłą, bardzo grzeczną i pokorną kobietą. Zdziwiła mnie informacja, że Grzesiuk prawdopodobnie sam zdecydował, kiedy zejść z tego świata. Z jednej strony to mnie zaskoczyło, z drugiej idealnie się wpisuje w jego osobowość.

R.D.: Co jest w Boso, ale w ostrogach Grzesiuka prawdą, a co autokreacją? "prawdziwym zmyśleniem", jak nazwał to potem Hłasko w odniesieniu do własnej twórczości.
B.J.: Myślę, że bardzo wiele. Tego nikt nie rozstrzygnie. To są takie opowieści podwórkowe, które każdy z nas zna. Jak mieszkałeś na Ursynowie, to wiesz, że jakiś tam „Łysy”, „Gruby” albo Wojtek przeżył taką akcję, że goniła go policja, a on schował się w samochodzie i udało mu się uciec pogoni. To jest zbiór historyjek, w których on się zawsze stawia w roli tego, który, po pierwsze, temu wszystkiemu przewodzi, po drugie, zawsze zachowuje się jak trzeba. Myślę, że to nie do końca tak było. Poza tym dochodzi kwestia literacka. Żeby książkę dobrze się czytało, trzeba mieć bohatera, który „idzie”. To był zabieg literacki, który ktoś mu pewnie podpowiedział: Skoro twoja książka obozowa tak fajnie wyszła, to napisz tę książkę tak samo, jakby to były twoje przygody zebrane. Myślę też, że ta jego drwina ze śmierci to była autokreacja. To jest bardzo warszawskie, że ze wszystkiego można drwić. On na przykład swoją chorobę opisuje bardzo lekko. W stylu: a tam sanatorium. Przyjechałem - będzie na „śmiesznie”. A ja wiem od pani doktor Gawlikowskiej, że on był „wydygany”. Jak był tam po raz pierwszy, to robił pod siebie ze strachu. Bardzo przeżywał to, co się dzieje z jego synem Markiem, czuł się winny i odpowiedzialny za to, że go zaraził gruźlicą. To jest w książkach tylko maźnięte, bo mu się kłóciło z obrazem, jaki sam sobie stworzył. W książkach to nie jest człowiek z dylematami. Stanisław Grzesiuk był ciekawą postacią, ponieważ miał o wiele szerszą paletę emocji, które przeżywał, niż sam o sobie pisał.

R.D: Paryż ma Gavroche'a - "atom Paryża", który ucieleśnia cechy przypisywane całemu Paryżowi. Czy można powiedzieć, że Grzesiuk jest „atomem Warszawy" i jakie cechy tego miasta według ciebie ucieleśnia?
B.J: Wiele osób może się na to obrazić, tych wychowanych na przedwojennym Śródmieściu. Powiedzą,  że ten facet z jego bandytyzmem, złodziejstwem to w ogóle nie jest ich świat, że oni wychodzili na kawę do „Adrii” i to było inaczej, niż opisuje Grzesiuk. Natomiast kopiąc głębiej i szukając esencji charakteru miasta, to już jak najbardziej tak. Już o tym mówiliśmy. O wielkiej hardości połączonej z wielką ironią, z humorem, z lekceważeniem dla tego, co się wydarza. Mam wrażenie, że cokolwiek na to miasto spadało, to ludzie przyjmowali to „na klatę” i mieli to w dupie. Czy to był nazista-okupant, czy jakieś tragedie wcześniej . Po upadku kampanii wrześniowej to miasto zorganizowało się w dwa tygodnie. Wszystko działało, stworzono cały podziemny świat, skoro Niemcy zabrali oficjalny. Gdyby ktoś z Paryża zapytał, co polecić do przeczytania, żeby zobaczył jaki jest charakter miasta - absolutnie Grzesiuka. Mógłbym polecić też Złego Tyrmanda, ale to już świat przemielony przez wojnę, tam są echa tej przedwojennej Warszawy.

R.D. Ale pewne cechy się powtarzają. Też jest cwaniactwo, charakterność, jest niesamowita żywotność i niezgoda na krzywdę.
B.J.: To się zgadza. Jednocześnie jest niezwykła zdolność adaptacji. Dla mnie Warszawa, gdyby ją spersonifikować, to jest taki facet, który gdzie go nie wrzucisz, to zawsze sobie poradzi. Na zasadzie: nie chciałbym mieszkać w tej małej klitce, ale skoro tu jestem, to sobie poradzę.

R.D.: Trzy metry kwadratowe w piwnicy i składane łóżko? (nawiązanie do pierwszego w Warszawie powojennego lokum Stanisława Grzesiuka – przyp. red.)
B.J: I jest OK. Właściwie to nie OK, bo chętnie bym to zmienił, ale nie będę siedział i się nie popłaczę. To jak Grzesiuk przeżył obóz, to jest dla mnie absolutnie warszawskie. Sytuacja jest jaka jest, nie mam szansy stąd wyjść. Co mogę zrobić, żeby przeżyć, jednocześnie narobić Niemcom jak najwięcej szkód? W obrębie tego co mam, będę kombinował najwięcej jak się da. – to jest bardzo, bardzo warszawskie.

R.D.: Czy po napisaniu książki nadal idealizujesz Stanisława Grzesiuka?
B.J.: Zdjąłem go z piedestału i on stoi teraz mentalnie obok mnie, na ziemi, ale przez to jest dla mnie pełniejszy. Superbohater jest fajny jak ma się 12 lat. Jak masz lat 30, to tacy ludzie już cię nie interesują, bo widzisz jak człowiek jest pięknie skomplikowany, widzisz prawdziwe piękno człowieka. Zadzwonił do mnie profesor Rurawski w zeszłym tygodniu i powiedział przepiękne zdanie: Przeczytałem pana książkę i mam wrażenie, że pan Stasia bardzo pokochał. I to jest prawda - przez to, że go oberwałem z tej młodzieńczej idealizacji - to robi mu znacznie lepiej.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Najbliższe spotkanie z Bartoszem Janiszewskim, autorem ksiązki Grzesiuk. Król życia, odbędzie się 22 lutego 2017 o godzinie 19:30 w kawiarni i salonie artystycznym „Kalinowe Serce”, ul. Zygmunta Krasińskiego 25. Serdecznie zapraszamy w imieniu autora i naszej redakcji.

KOMENTARZE

aktualności

REKLAMA
więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda