mobile

Warszawa - miasto, które pachnie kawą

W naszym piątkowym cyklu kolejny tekst z blogu Warszawianka Flancowana.

Zofia Zabrzeska
Warszawa - miasto, które pachnie kawą

Cukiernia cała w bieli, z białymi zasłonkami, krzesełkami i stolikami. Bielutkie panienki pachną śmietanką. Mowa ich gładka i życzliwa, a oczy czernieją niczym rodzynki w bułce. – Czekolada dla Pana? – i już czekolada tchnie na stoliku gorącą parą, obok zaś wafel – jak weźmiesz go do ust, to choćby umierać: lepiej ci nigdy w życiu nie będzie. Marysia biega i nie wie, że przy stoliku siedzi jej przyszły mąż. Bo i nikt tego nie wie, prócz kandydata Karola… 

Niesłychane, że był w Warszawie taki czas, kiedy kandydata na męża można było spotkać w cukierni… Wtedy sprawa była prosta: jeśli absztyfikant zapraszał do kawiarni bądź cukierni, nadawał się na męża. Jeśli proponował spacer nad Wisłę, znaczyło, że nie stać go na kawę, ciastko lub choćby ciasteczko i mężem dobrym nie będzie. Ot takie czasy i obyczaje! Najgorzej sprawa miała się w przypadku zaproszenia na lornetę z meduzą – wówczas o ślubie nie mogło być mowy. Nie bez powodu zatem akcja opowiadania Michała Słomińskiego pt. „Warszawa”, zaczyna się w kawiarni, jakiej ? – nie wiadomo, ale z opisu można wywnioskować, że w pięknej.

Nie zawsze jednak tak było. Pierwsze kawiarnie i cukiernie warszawskie charakteryzował dość surowy, prosty wystrój – nawiązujący bardziej do wyglądu typowej speluny, aniżeli upodabniający się do popularnego dziś stylu rustykalnego. Dopiero zwiększenie udziału kobiet w życiu publicznym, a co za tym idzie możliwość pojawiania się pań w miejscach dostępnych dotychczas jedynie mężczyznom, przyczyniło się do korzystnej zmiany wyglądu kawiarnianych wnętrz. I tak oto rozmaite cukiernie i kawiarnie stały się miejscem spotkań warszawiaków, a także odegrały niebagatelną rolę w procesie kształtowania się bohemy artystycznej. Gdyby chcieć przemieszczać się po mieście szlakiem warszawskich cukierni, trzeba koniecznie rozpocząć wędrówkę od ulicy Miodowej. Nomen omen już sama nazwa nawiązuje do tradycji cukierniczych, choć nie o cukier tu chodzi, a o miód. W czasach, kiedy dziewczęta z dobrych domów dostawały w posagu ciasto piernikowe, w Warszawie na ulicy Miodowej otwierano sklepiki i cukiernie z wyrobami z piernika, którego bazę stanowił tańszy od cukru miód. Właścicielami tychże cukierni byli Niemcy, niechętnie dopuszczający do lukratywnego fachu innych.

Dziś na próżno można tu szukać pozostałości po ówczesnych ciastkarniach, ba – nie ma już nawet obecnej do niedawna filii lokalu A. Blikle. Ten kto jednak miałby ochotę wypić na Miodowej kawę, bez trudu znajdzie kawiarnię nawiązującą swą nazwą do ulicy, na której się znajduje. Co do samych kawiarni – warto zauważyć, że pojawiły się one w Warszawie później niż cukiernie i były wobec nich całkowicie niezależne. Jest to nawet w jakiś sposób symboliczne, bo znam kilka osób (zresztą sama do nich należę), które nie łączą słodyczy z kawą. Sama przyjemność picia kawy bywa przecież wystarczająca.

Co ciekawe, zanim w Warszawie zaczęto pić kawę, uważano, że jest ona napojem niebezpiecznym, wręcz szatańskim – i to nie tyle ze względu na kolor, co kraj pochodzenia. Brano ją za narkotyk. Pewnie właśnie dlatego o wiele częściej i z większym przekonaniem sięgano po lody. Zanim jednak można było dostać w Warszawie te prawdziwe, włoskie, z dużym namaszczeniem delektowano się przysmakiem zwanym „bieda lody”. Przepis był stosunkowo prosty, a radość ze spożywania ogromna –najpierw odłupywano z zamarzniętej Wisły słupki lodu, a następnie polewano je domowej roboty sokami. Dopiero w XVIII wieku, cukiernik papieskiego nuncjusza apostolskiego, zaczął kręcić prawdziwie włoskie lody w budynku Pałacu Prymasowskiego przy ul. Senatorskiej. Wówczas lody od nazwiska ich Ojca Chrzestnego zwane były lodami Palloniego i cieszyły się dużą popularnością.

Warszawiacy chętnie odwiedzali miejsca, które poza serwowaniem pyszności miały związek ze sztuką. Nie dziwi zatem, że lokalizacja najlepszych warszawskich kawiarni była sytuowana przy teatrach. Tak było w przypadku kawiarni „Pod Filarami”, założonej niegdyś przez Laurentego Wawrzyńca, a kontynuowanej z powodzeniem pod tym samym szyldem, przez ówczesnego mistrza cukiernictwa Bernarda Semadeniego. Nie dość, że kawiarnia mieściła się w budynku uświęconym sztuką, to sama doskonale wpisywała się w poetykę miejsca. Witryny przyozdabiały zdobione misternie i strojnie rzeźby z czekolady, tu i ówdzie rozstawiano czekoladowe kule i kwiaty. Podobno kiedy do Warszawy przyjechała para książąt rumuńskich, pod koniec przyjęcia zorganizowano konkurs, w którym zwycięzcą miał być ten, kto odgadnie, który bukiet bzów jest zrobiony z czekolady…

Kto wygrał nie wiadomo, wydaje się jednak, że wszystko co było wówczas związane z cukiernictwem miało dość romantyczny charakter. Nie dziwią zatem słowa Prusa, który w pewnym momencie swojego życia pisze: Miłości – takeś rozmarzyła mnie, takeś rozkołysała duszę, że aż do Semadyniego na czarną kawę iść muszę… Jednak nie tylko sztuka była idealnym towarzyszem kawy, była nim również moda. Jedną z najbardziej znanych i kultowych kawiarni warszawskich była słynna Sztuka i Moda, mieszcząca się w starej oranżerii, na tyłach dawnego hotelu Victoria, tuż przy ulicy Królewskiej. SIM założyła Zofia Raczyńska po to, aby organizować tu wystawy malarskie i pokazy mody. Tutaj spotykali się artyści i literaci. Także tutaj organizowano koncerty – chociażby fortepianowego duetu Lutosławskiego i Panufnika. Kilka lat później, w tym samym miejscu, swoją siedzibę, wraz z kawiarnianą przestrzenią otworzył Instytut Propagandy Sztuki.

Dla IPS bliskość Zachęty stała się pretekstem do konkurowania, z uznaną za klasyczną formą sztuki przedwojennej. Stąd wielokrotnie organizowano tam wystawy sztuki awangardowej. Trzeba przyznać, że całość przedsięwzięcia miała dość nowoczesny charakter. Innowacyjne było chociażby podejście do marketingu. Otóż bilet wstępu dla Inteligencji kosztował 4 zł, a dla Warszawskiego Snoba 3 zł. Nietrudno odgadnąć, które bilety cieszyły się większą popularnością…

Przemierzając Warszawę szlakiem kawiarni i cukierni nie sposób pominąć kolejny zacny adres. Mazowiecka 12, to właśnie tu mieściła się niegdyś kultowa w okresie międzywojennym kawiarnia Mała Ziemiańska. Tu właśnie bywali Skamandryci, którzy spotykali się cyklicznie, zawsze przy tym samym stoliku i rozmawiali pewnie o scjentystycznej motywacji indyferentyzmu. Kto wie o czym rozmawiali, bo tylko nielicznych do tych rozmów dopuszczali. Pijąc kawę i jedząc tort (to miejsce słynęło z tortów, sprzedawanych na wynos i dostarczanych również do prywatnych domów) byli niczym bogowie na Olimpie. Niezwykłe było również już samo to miejsce, założone przez Karola Albrechta. To właśnie tu powstawały znakomite faworki i pączki, których sprzedaż wzrosła gwałtownie z chwilą ogłoszenia, że w jednym z nich znajduje się złota moneta. Ale były tu także i śledzie, jednak nie te klasyczne, a czekoladowe. Czekoladowe były również dodatki do śledzia, takie jak cebulki i grzybki. Pewnie właśnie dlatego tak chętnie spędzano tutaj zapusty. Domeną tego miejsca byli jednak ludzie. Dla tych wybranych, jak choćby malarzy, przeznaczono oddzielny stolik, z wymalowaną nad nim filiżanką, do której doczepiono prawdziwą łyżeczkę. Bywał tu Bolesław Wieniawa Długoszewski, który słynął z kobiet, kawy i koniaku, a także filozof Franciszek Fiszer, któremu za kawę płacili majętni znajomi. Kto chciał dostąpić zaszczytu spotkania z artystyczną śmietanką warszawską, chętnie odwiedzał sąsiadującą z Małą Ziemiańską kawiarnią Pod Pikadorem na Nowym Świecie. Jan Lechoń, opowiadając o jej początkach, powiedział, że pomysł na kawiarnie powstał w tramwaju numer 17 (tramwaj, którym najczęściej przemieszczam się po Warszawie).

Założeniem klubokawiarni było udostępnienie publiczności dzieł czytanych przez autorów. Coś w rodzaju dzisiejszych wieczorów autorskich. Trzeba przyznać, że warszawskie kawiarnie miały niezwykły charakter. Analizując ich wystrój i atmosferę w nich panującą, można powiedzieć, w ślad za jednym z Warszawskich Przewodników, że dały początek współczesnym kawiarniom, także tym sieciowym. Pierwsze telefony na stolikach, pierwsze gazety czytane przy kawie, a zdejmowane z drewnianych kijów przymocowanych do ściany, pojawiały się właśnie w Warszawie. Pewnie dlatego tradycja picia kawy jest w tym mieście wiecznie żywa, ale gdzie dziś pije się ją najchętniej, opowiem Wam przy innej okazji…

Fot. Zofia Zabrzeska

KOMENTARZE

aktualności

więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda